Menu

Urzeczona

Kontynuacja bloga istniejącego od kwietnia 2016 do lutego 2018.Refleksje, przemyślenia, zapisy obserwacji.Przepisy kulinarne i opinie o odwiedzanych kawiarniach.Amatorskie recenzje książek.

Mam zły dzień... i tak jest dobrze!

urzeczona

 

awka1Świadectwo Agnieszki Chylińskiej o jej życiu i relacji z Bogiem narobiło ostatnio trochę szumu i odbiło się echem, to tu, to tam. Jedni krytykują, drudzy dziękują. Jedni z Agnieszką się solidaryzują, drudzy kompletnie nie rozumieją i potępiają.

A ja? Uważam, że to świadectwo żywej wiary i żywej relacji z Bogiem. A raczej – taką żywię nadzieję. Mam nadzieję, że to nie rozdmuchanie formy przedkładanej nad treść pisaną faktycznie przez życie tej znanej piosenkarki. Że to nie kolejne świadectwo kolejnego nawrócenia kolejnego celebryty. Agnieszkę Chylińską szanuję, lubię niektóre z jej piosenek, nie wzbudza we mnie negatywnych emocji (no, może poza tym, że nie uważam, by wyrażanie wszystkiego, każdej emocji, słowem na „k” i „ch”, było konieczne). Ufam, że jest autentyczna i cieszę się, że deklaruje się jako osoba wierząca. Serce rośnie – w przeciwieństwie do sytuacji, gdy ktoś obnosi się, głosi wszem wobec, swój ateizm jako jedynie słuszną drogę.

Wywiad udzielony przez Chylińską w ramach promocji jej nowej płyty jest mocno gorzki, ściska za gardło, dosadnie ukazuje, że nie każdy dzień jest dobry, że świat nie jest tylko piękny, że nie ma na tym świecie niczego, co by gwarantowało szczęście i pełnię, co by napełniało serce człowieka czystą radością i niezmąconym spokojem. To, co przynosi ukojenie, to modlitwa, to religia, to relacja z Bogiem. Tak deklaruje Agnieszka i… sama się pod tym podpisuję. Można udawać i wmawiać sobie, że świat jest piękny i każdy dzień jest cudem. Można napędzać się, wstając rano i wymuszając uśmiech, patrząc  w lustro, powtarzając „to będzie dobry dzień”, „jestem ważna”, „jestem piękna”, „jestem wartościowa” itp. Ale gdy przyjdzie chwila totalnego załamania, kiedy już nie jesteśmy w stanie sobie tego wszystkiego powiedzieć – wtedy wpadamy w jeszcze głębszy dół z poczuciem, że zawiedliśmy dodatkowo przez to, iż nie potrafiliśmy trzymać się tych wszystkich „motywajek” i pozwoliliśmy sobie na przeżycie bynajmniej nie dobrego, lecz złego dnia.

„Mam zły dzień” to tytuł jednego z najnowszych singli Chylińskiej. To paradoksalnie energetyzujący manifest tego, że każdy może mieć zły dzień, a to nie jest koniec świata i koniec jego, jej, mnie czy ciebie. Jesteśmy ludźmi, mamy słabości, mamy zalety, mamy humory dobre i złe. Mamy kryzysy wiary i okresy wzlotów za życia ku Niebu. Pozwólmy sobie na to, by przeżyć dogłębnie każdy dzień. No jasne, nie popadajmy w cierpiętnicze nastroje i prędzej rozdmuchujmy radość i nadzieję niż narzekania i lamenty! Jednak nie wypierajmy z siebie negatywnych odczuć. Czasami trzeba przeczekać, przeżyć trudne momenty, czekając aż zajaśnieje nad naszym dniem słońce.

I to, o czym trzeba pamiętać, to to, że Bóg kocha nas zarówno radosnych, jak i płaczących i przeklinających. Warto przy Nim trwać, nawet gdy czasami nie możemy z siebie wykrzesać wdzięczności za dary, które od Niego otrzymaliśmy. On jest z nami, więc my bądźmy z Nim.

Do świadectwa Agnieszki Chylińskiej odniosła się również Jola Szymańska. „(…) wiara może polegać na żmudnej cierpliwości. Bo mimo że jestem nikim, że grzeszę, że jestem „narkomanem”, „prostytutką” i „bezdomnym” w jednym. Mimo że rozwalam relacje i nie potrafię kochać, to do jasnej cholery (choć Artystka użyłaby innego przecinka) – właśnie taka jestem kochana. Brakuje mi takich świadectw. Bez maski ugrzecznionych westchnień. Brakuje mi prostych, szczerych, bezpośrednich słów prawdy o realnym życiu” – pisze Jola. Okej, zgadzam się, warto poznawać również takie świadectwa – aby nie tracić nadziei w chwili, gdy upadamy, grzeszymy i mamy ten zły dzień. Ale, ale! Czy ostatnimi czasy nie krąży coraz więcej słów o tym, że Bóg jest z tymi, którzy są słabi i uwikłani w grzech? Czy nie rozgadaliśmy się o tym, że jedynym prawdziwym obrazem Boga jest ten Bóg, w którego wierzą upadli?

Istnieje zagrożenie, że będziemy usprawiedliwiać się i w pewien sposób chlubić tym, że jesteśmy tak bardzo dalecy od ideału. Że będziemy popadać w grzech i wieczorem upadać na kolana, mówiąc: „Ojcze, przepraszam, ale wiem, że i tak mnie kochasz” (nie, nie twierdzę, że to nieprawda! – już o tym pisałam wyżej), i zaczynając potem nowy dzień bez silnego postanowienia poprawy.

Wzór świętych też powinniśmy mieć na uwadze, to z nich powinniśmy brać przykład i ich życie winno być dla nas inspiracją. A świadectwa o codziennych upadkach niech będą dla nas powiewem nadziei, że nie jesteśmy straceni przez nasze grzechy.Drzewo2

© Urzeczona
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci