Menu

Urzeczona

Kontynuacja bloga istniejącego od kwietnia 2016 do lutego 2018.Refleksje, przemyślenia, zapisy obserwacji.Przepisy kulinarne i opinie o odwiedzanych kawiarniach.Amatorskie recenzje książek.

Bez oczekiwań i bez pytań, bez szkiełka i oka

urzeczona

Ty_si_tym_zajmij

„Rozkładamy rzeczywistość na czynniki pierwsze, by puzzle z życia złożyć potem na nowo. Z sukcesem i gwarancją satysfakcji. Mamy internetowych guru, którzy każdego dnia wyjaśniają, co z twoim i moim życiem jest nie tak. Przy odrobinie wysiłku możemy się obie zupgradować do wersji fit, vege i smart. Dostaniemy tipy jak żyć w związku, wychować dzieci, jak schudnąć i jak być najlepszą kochanką. Bezsensowny czarny kamyk wciąż pozostaje jednak bez wyjaśnienia. A gdyby tak… tylko się na ten kamyk pogapić? Tylko spędzić z nim czas? Bo gdzieś na końcu tego łańcucha oczekiwań, samodoskonalenia i urynkowienia wszystkiego, jestem ja i ty. I sztuka. Lepsza albo gorsza. Taka, z którą możesz na chwilę pobyć. Zupełnie bez sensu, bez celu, bez powodu. Bez pytania, co artysta miał na myśli, czy to żart i o co chodzi. Ale czy możesz w ogóle jeszcze spędzić czas bez rozkładania go na czynniki pierwsze? Czy możesz oddać się doświadczeniu, z którego – być może – nic nie wyniknie? Bez oczekiwania, że związek, praca, drugi człowiek czy obraz – zawsze spełnią twoje oczekiwania. Bez złudzenia, że wszystko zrozumiesz. I że wszystko się wymodeluje w zgodzie z twoim planem. Bo się nie wymodeluje. I nie pomogą (…) ani plannery, ani coachingi. Na końcu zostajesz ty, ja i bezsensowny czarny kamyk. Na który możemy się po prostu pogapić. Nie musimy wszystkiego rozumieć”.

Powyższy tekst to fragment artykułu z „Miasta Kobiet” (nr 5/2018) pt. „Szkiełko i oko”. Wspomniany w nim czarny kamyk to symbol tzw. współczesnej sztuki. Wchodzimy do galerii sztuki, wydaliśmy pieniądze na bilet, a tu… zwykły, czarny kamyk albo trzy czarne kreski na białym tle, którym daleko do dzieł Matejki czy Beksińskiego. Czujemy się zawiedzeni i w jakiś sposób oszukani. Bo niby za co te pieniądze?! Za kamyk taki sam, jak te, których pod dostatkiem w przyrodzie? Za jakieś bazgroły, które nic nie znaczą?

No właśnie…

…a gdyby tak dać się temu po prostu porwać, popatrzeć, pomyśleć? Nie dopatrywać się sensu dzieła i nie wpisywać go w znane nam konwencje, niczego nie nazywać, nie interpretować?

Sama lubię wszystko nazwać, określić, opisać, zinterpretować, nadać znaczenie (niekoniecznie zgodne z tym, które nadał twórca). Może to takie zboczenie po humanistycznej klasie w liceum, gdy każdemu słowu danego utworu literackiego należało nadać sens i – ku utrapieniu maturzystów – wbić się w tzw. klucz. Dlatego psychiczny dyskomfort odczuwam, gdy nie potrafię prosto odpowiedzieć, o co chodzi o obrazach Beksińskiego (które niezwykle poruszają, mimo ich niezrozumienia) czy w utworach Norwida (które są piękne, mimo ich niepojmowania własnym umysłem). To jest jednak dyskomfort, który łatwo mi jest zignorować i po prostu dać się porwać pięknu, którego nie pojmuję umysłem, lecz odczuwam.

Trudniej, gdy mówię o powyższym w kontekście mojego życia, w tym mniej lub bardziej zwyczajnej codzienności. Jest we mnie zakorzeniona potrzeba racjonalizowania wrażeń i odruchowych czynności, wpisania przyszłości w plan, przeszłości w błędy, na których mam się uczyć, a teraźniejszości w sens i cel. Ciężko mi po prostu BYĆ, być tu i teraz, chłonąć i czuć chwilę. Nie, muszę usprawiedliwić zjedzony na noc kawał ciasta (bo upiekłam, więc mi się należy; bo mam zły humor, więc muszę sobie wynagrodzić), muszę nadać sens spacerowi bądź obejrzanemu filmowi (takim sensem może być, oczywiście, rozładowanie stresu, zaczerpnięcie powietrza, relaks – muszę go jednak dookreślić przed samą sobą).

W dalszej perspektywie, chcę dostrzegać sens wszystkiego i od razu. Jak na przyszłość i całe moje życie wpłynie to, co stało się wczoraj, dzieje dziś i stanie jutro? Tak ciężko mi czasami po prostu zawierzyć Ojcu i z głębi serca powiedzieć „Jezu, Ty się tym zajmij”. Czasami jest tak, że tylko ON widzi jasno konsekwencje takiej czy innej mojej decyzji, a ja czuję się jak ślepa we mgle.

A przecież…

wierzyć – to znaczy nawet się nie pytać
jak długo jeszcze mamy iść po ciemku

(ks. J. Twardowski, „Jakby Go nie było”)

MK

© Urzeczona
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci