Menu

Urzeczona

Kontynuacja bloga istniejącego od kwietnia 2016 do lutego 2018.Refleksje, przemyślenia, zapisy obserwacji.Przepisy kulinarne i opinie o odwiedzanych kawiarniach.Amatorskie recenzje książek.

Biblia przy kawie, modlitwa z bakaliami

urzeczona

Bakalie

Jeden z filmików Joli Szymańskiej-Koperniak sprzed ponad roku jest zatytułowany: "Modlę się jedząc bakalie. Mój dzień pracy". Wspomina w nim o tym, że do rozmowy z Bogiem potrzebuje własnych słów, różańca oraz.... bakalii, herbaty i notesu. Zaskakujące, bulwersujące, zachęcające, inspirujące? Zapewne punktów widzenia takiej scenerii modlitwy jest wiele. Jedni powiedzą, że to pomieszanie sacrum i profanum, profanacja modlitwy, obraza Boga, brak do Niego szacunku, a może również próba dopasowania Boskiego wizerunku do naszych zachcianek i wyobrażeń dotyczących rozmowy z bliską osobą. Drudzy nie wyrażą ani słowa sprzeciwu i uznają to za objaw głębokiej, zdrowej relacji z Bogiem, skoro osoba rozmawiająca z nim czuje się tak swobodnie, jakby rozmawiała z przyjacielem. A jeszcze inni będą podchodzić do tego ze sceptycyzmem, skłaniając się ku jednemu lub drugiemu podejściu.

Sama jestem w tej ostatniej grupie, z lekką aprobatą dla sposobu Joli. Sama nieraz, szczególnie w niedzielę po Mszy Św., czytam Biblię, pijąc kawę, nierzadko przegryzając coś równocześnie, bynajmniej nie z powodu dojmującego głodu. Zdarza mi się również pić kakao czy herbatę, jeśli codzienna lektura Biblii przypada na wieczór. Podobnie zdarza mi się pić herbatę czy kakao przy okazji dłuższej wieczornej modlitwy, gdy klęczę na łóżku. Szczerze mówiąc, nie zawsze, a nawet często, podczas modlitwy nie mam złożonych przykładnie rąk wskazujących Niebo, nie klęczę na podłodze, jakbym przystępowała do komunii. Nie wiem, w którym momencie życia to się zaczęło, ale stało się tak stosunkowo niedawno - rok, dwa lata temu? Jest mi z tym dobrze, czasami naprawdę mam wrażenie, że siadam z kubkiem do rozmowy z drugą osobą, której mogę wszystko powiedzieć i która mnie rozumie. Ba! Rozumie mnie bez słów, ja nie muszę nic mówić, bo Ona słyszy moje myśli. Nieraz jednak zastanawiałam się, czy to dobre, czy to słuszne, czy to nie jest oznaka braku szacunku i pójście na łatwiznę, gdy jestem zbyt zmęczona lub po prostu rozleniwiona. Żywię jednak nadzieję, że naprawdę taki sposób nie oddziela mnie od Ojca i że nie grzeszę lub nie popadam w niedoskonałość. Wręcz przeciwnie, chcę wierzyć, że to kolejna droga do Boga, szczególnie, że z tradycyjną modlitwą mam problemu ze względu na nieustanne rozproszenia. Gdy odmawiam pacierz, myśli krążą swobodnie to tu, to tam. Najbliżej Ojca czuję się, gdy mówię do Niego własnymi słowami, czy to podczas modlitwy przy herbacie, czy to gdy w ciągu dnia pojawia się myśl, którą chcę się z Nim natychmiast podzielić. Nie neguję wartości odmawiania "Ojcze nasz", różańca, koronki do Bożego Miłosierdzia, litanii... Ale czy tylko na wyuczonych od dziecka frazach można zbudować relację?

Biblia_z_kaw

© Urzeczona
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci