Menu

Urzeczona

Kontynuacja bloga istniejącego od kwietnia 2016 do lutego 2018.Refleksje, przemyślenia, zapisy obserwacji.Przepisy kulinarne i opinie o odwiedzanych kawiarniach.Amatorskie recenzje książek.

Ograniczenia z tragikomedii

urzeczona

Klaudia

Ostatnio na każdym kroku dostrzegam ograniczenia narzucane samej sobie. Nie mam bynajmniej na myśli takich ograniczeń, jak "o nie, jestem beznadziejna, nie uda mi się", "nie chce mi się tego robić", "po co mam próbować, skoro i tak się nie uda" etc. Raczej coraz bardziej obce są mi takie myślowe potwory, zwalczające wszelkie motywacje, nadzieje i wiarę we własne umiejętności i możliwości. Wiem, że gdy się staram, to mogę, po prostu. A czy z tego "mogę" w rzeczywistości coś powstanie - nie wszystko ode mnie zależy, ufam, że wszystko będzie tak, jak ma być. Ot, cała filozofia.

A więc (nie zaczyna się zdania od "a więc" - ale nawet takiemu grammar nazi jak ja to się czasem zdarza) o co właściwie cała ta burza? Otóż jest mnóstwo pozornie nieistotnych, codziennych błahostek, dotyczących czasem mnie samej, czasem nie tylko, a czasem wyłącznie innych, które układają się jednak w żałosną całość umysłowego zniewolenia. Te pozornie niepołączone ze sobą sytuacje mają według mnie pewien wspólny mianownik, z którym trzeba walczyć.

Po pierwsze, ot, taka błahostka - ubiór. Mam wrażenie, że kiedyś, w czasach gimnazjum, na początku liceum, byłam antywzorem stylu. Dżinsy, bezkształtne bluzki, zero dziewczęcości, a potem kobiecości. Szarość, szarość, szarość. Później zaczęło się to stopniowo zmieniać, gdy doszłam do wniosku, że spódnic i sukienek na co dzień nie trzeba, ba! - nie wolno - się wstydzić. To symbol kobiecości (ale, błagam, nie twierdzę, że kobieta to tylko ten człowiek, który występuje wyłącznie w spódnicach i sukienkach!), wdzięku, stylu, piękna. Nierzadko nadal noszę spodnie, ale gdy tylko "się da", to celuję w spódnice bądź sukienki. No i właśnie - tu miewałam już nieraz dyskomfort psychiczny (takie tam jedno z moich ostatnio ulubionych określeń - "dyskomfort psychiczny" - czy to gdy zlew jest pełen brudnych naczyń albo gdy wiem, że w zupie mi podanej pływa olej palmowy w towarzystwie glutaminianu ileśtam-sodowego w postaci kostki rosołowej albo akurat zajadam ciasto, w którym może być margaryna, czy to gdy się nie wyspałam albo się zamartwiam), związany z tym, że nosząc w poniedziałek sukienkę, we wtorek spódnicę, a w środę - o nie! - spodnie, to nie mam jednolitego stylu, to jestem niewyrazista, niekonsekwentna. Takie chore przeczucie, że gdy codziennie nie będę taka, jak w poniedziałek i we wtorek, to sama będę postrzegana jako "chorągiewka na wietrze". Tak, wiem, jak śmiesznie, absurdalnie wręcz, to brzmi. Ale walczę z tym! Ostatnio to pokonałam, gdy kupiłam bluzę na krótki wyjazd na ferie, bo uznałam, że bluzeczki, lekkie sweterki mogą się jednak nie sprawdzić w całodziennych wędrówkach po Wrocławiu. Bluza jest cieplutka, wygodna i... urocza. Polubiłam ją, mimo że nie będę jej przecież zakładać do spódnicy.

Po drugie, umiejętność zmiany zdania. Często tak mam, że "opracuję" własne zdanie nawet na naprawdę błahe tematy - np. czy czytać gazetę "od deski do deski", czy też tylko to, co mnie interesuje. Czy smażyć na oleju kokosowym, czy na smalcu. Czy kupować w Lidlu, Tesco, Biedronce czy rodzimych Lewiatanie bądź dębickiej Jubilatce. I jak już sobie coś uwidzę... trudno jest mi podejmować spontaniczne decyzje, dokonywać wyboru, który akurat w TEJ chwili będzie najkorzystniejszy, najprzyjemniejszy itp. Ostatecznie odstępuję od wcześniej wbitej do głowy "filozofii", ale najpierw muszę sobie co nieco wytłumaczyć. Nie, nie jestem normalna (ale nie łudźcie się, że ktokolwiek z nas jest!).

Po trzecie, chęć okazywania, że robię to czy tamto, że jestem przecież taka pracowita, że "oooo, nie myśl sobie, że jak siedzę w domu, to nic nie robię!", bla, bla, bla... To jest taki tok myślenia: "muszę dać znać wszem wobec, że coś mnie boli albo nie mogłam spać w nocy, bo inaczej ludzie pomyślą, że nie mam problemów - niech nie zwodzi ich mój uśmiech albo to, że zaśmiałam się z żartu!". Wyzwolenie z tego to efekt ogromnej pracy nad sobą. Ćwiczenia się w pokorze, cichości, cierpliwości, dobrze pojmowanej skromności. Uświadamiania sobie na każdym kroku, że nie muszę niczego nikomu udowadniać, że jestem całością i to ja mam żyć w prawdzie, a ci, którym na mnie zależy, i tak wszystko widzą, i tak dostrzegą nawet to, co dla innych niewidzialne.

Za to na koniec wspomnę o tym, co stanowi swoisty happy end tych tragifarsowych rozkmin i z czym od dłuższego już czasu nie mam problemu - uwielbiam zagadywać do osób, którym po początku (nie)znajomości przekleiłam łatkę "niemiły"/"głupi"/"burak"/"wredny". Uwielbiam odkrywać, że się myliłam i że ta osoba jest naprawdę inna i świetnie się z nią rozmawia, a pierwsze wrażenie po raz kolejny okazało się mylne. Ot, takie socjologiczno-psychologiczne eksperymenty "na żywych organizmach", które stwarzają ogromne możliwości poznania naprawdę wartościowych ludzi.

Drzwi

© Urzeczona
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci